Dlaczego trenerzy personalni są do niczego?
Nie tak dawno pewna moja znajoma, osoba wykształcona i zresztą bardzo świadoma swojego żywienia, wypowiedziała mniej więcej takie zdanie: „Kiedy idę na siłownię odstresowuję się. Jest tam trener personalny, który jest dla mnie jednocześnie najlepszą przyjaciółką, psychoanalitykiem i dietetykiem. Każe mi podnosić te swoje ciężary a ja to robię i tak sobie gadamy…” Taaaak. Mniej więcej tak to bardzo często wygląda.
Omawiana dziewczyna jest w okolicach czterdziestki. Pozbawiona emocji ale i złośliwości analiza jej obecnej budowy ciała – powiedzmy delikatnie kilka kilogramów ciut powyżej normy, którą obecnie określamy jako kanon piękna – powie osobie obeznanej z zasadami kształtowania sylwetki, iż nasza bohaterka raczej powinna postawić na ćwiczenia aerobowe i popracować nad kondycją, niż szarpać żelastwo. Od żelastwa może dostać co najwyżej łapę jak Pudzian przed kolejną galą KSW, ewentualnie nabawi się przepuklin. To w wersji hard. W wersji light (a taką najprawdopodobniej zaaplikował jej trener, będący jednocześnie psychologiem, dietetykiem, fizjoterapeutą a może i agentem ubezpieczeniowym) z jej ciałem nie stanie się absolutnie nic. Kupi z góry karnet na pół roku, popodnosi sobie troszkę tych ciężarków, nie schudnie ani grama – ale i nie uszkodzi też sobie żadnej powięzi, za to zacznie opowiadać znajomym, że „czuje się po siłowni super” albo że „to już chyba nie ten wiek” w zależności od tego jaki ma mindset. A po pół roku, gdy karnet się skończy, zapomni o temacie, mając za usprawiedliwienie niezawodne w takich chwilach „przynajmniej próbowałam”.
Parkiety wszystkich siłowni świata są usłane tego typu opowieściami. Ktoś się zapisał, ćwiczył, nie osiągnął nic, no to się zniechęcił i rzucił. Wiek nie ma przy tym żadnego znaczenia; Widywałem takie osoby zarówno ledwie po dwudziestce, jak i przed sześćdziesiątką.
Dlaczego tak się dzieje? Tutaj dochodzimy do kwestii trenerów personalnych i mody na fitness. W ostatnich 10 latach liczba klubów fitness w Polsce wzrosła 5 krotnie (!) Jest moda, jest popyt, potrzebni są trenerzy. Wielu z nich ma nie tyle mgliste pojęcie o temacie, co wąski wachlarz ćwiczeń. Jako faceci sami trenują wymachując żelastwem, więc kobietom proponują to samo. Na wszystko. Na schudnięcie, na przytycie, na wady postawy, na samopoczucie, na to, że przyszła na siłownię i chce ode mnie jakiś trening – no to jej napiszę (przy pomocy Chata GPT) i potem niech sobie macha sztangielką i gada ze mną o pieskach i kotkach.
Tymczasem mało który, naprawdę mało który trener personalny wykorzystuje cały wachlarz aktywności ruchowej człowieka. Może lepiej będzie aby zamiast uginać sztangę trochę pobiegać? Może widząc postawę należy zwrócić uwagę na mięśnie głębokie? Może warto przyjrzeć się szyi? Sprawdzić, jak wygląda mobilność i rozciągnięcie takiej osoby? Żeby to wszystko umieć połączyć i przeanalizować trener personalny musi po pierwsze dysponować szerokim spektrum metod, pod drugie zaś punktem wyjścia musi być zawsze dogłębna analiza potrzeb i sylwetki człowieka.
Nikt nie powiedział bowiem, że podczas godzinnej sesji treningowej należy tylko podnosić ciężarki lub biegać na bieżni niczym chomik w klatce. Istnieją ćwiczenia wpływające na postawę i mięśnie głębokie, mięśnie dna miednicy, mięśnie szyi, mięśnie twarzy, są ćwiczenia dekompresujące wady zgryzu, potrafiące uspokoić rytm serca a nawet ćwiczenia wpływające na jakość widzenia. To naprawdę przepotężny arsenał i nie ma takiej opcji, aby dobry trener personalny zanudzał każdego ze swoich podopiecznych na okrągło martwymi ciągami. Jeżeli zaczniemy od potrzeb ćwiczącego, od jego wad, słabych punktów, to możemy dobrać trening w taki sposób, aby siłownia faktycznie wyprostowała jego wszelakie defekty.
Istotnym elementem filozofii sztuk walki jest poszanowanie zarówno drogi jak i celu. Tymczasem aktualna moda na fitness zakłada tylko drogę w postaci treningu, a cel często pomija. To różni zajęcia fitness od zajęć we wszystkich innych klubach sportowych, gdzie ćwiczenia służą uzyskaniu konkretnego efektu, mierzalnego w konfrontacji. Zawodnik treningiem się napina i nakręca swoją wewnętrzną sprężynę, której energię oddaje następnie z pełną mocą w czasie zawodów sportowych. Pomijanie celu – tak jak ma to niestety często miejsce w typowym fitness klubie – to tylko niekończące napinanie się i nakręcanie, bez release’u. Że ma to mało wspólnego ze zdrowiem mówić chyba nie muszę. Pomyślmy o tym właśnie teraz, z końcem starego roku, abyśmy w nowym poszukali ćwiczeń i aktywności naprawdę nam potrzebnych. W przeciwnym razie znów będziemy bez sensu podnosić te ciężary z trenerem-psychologiem-refleksoterapeutą, który jest dla nas od wszystkiego, a tak naprawdę do niczego.

Autor: Michał Surdyk
Magister farmacji, specjalista dietetyk.
Prywatnie ojciec 5 letniej córki, miłośnik
cross-fitu i żeglarstwa.
![]()
