W internetowych dyskusjach o budowaniu sylwetki co chwilę pojawia się ten sam bohater: „naturalna dieta”. Kurczak, jajka, ryż, tuńczyk, twaróg i człowiek podobno ma wyglądać jak grecki posąg. Problem polega na tym, że jest z nią jak z Yeti – wszyscy słyszeli, nikt nie widział. Teoria teorią, a praktyka zaczyna się wtedy, gdy trzeba codziennie dostarczyć 1,8–2,0 g białka na kilogram masy ciała. Dla faceta ważącego 100 kilogramów oznacza to nawet 200 gramów białka dziennie. I wtedy nagle okazuje się, że kulturystyka to w połowie sport, a w połowie stanie w garach i latanie po sklepach w poszukiwaniu awokado i batatów.

Oczywiście da się zbudować świetną sylwetkę bez odżywek białkowych. Mówię to z całą odpowiedzialnością, nawet jako osoba w pewien sposób zależna od producenta tych suplementów. Da się to zrobić tak samo jak da się wyciągnąć gwóźdź zębami. Mimo, że ludzie wymyślili kombinerki.  Mięso, ryby, jaja czy nabiał to pełnowartościowe źródła aminokwasów, zawierające dodatkowo żelazo, witaminy i inne składniki odżywcze. Problem nie polega jednak na jakości jedzenia, ale na logistyce. Żeby dostarczyć 200 gramów białka wyłącznie z klasycznego jedzenia, trzeba naprawdę sporo zjeść. Kilkaset gramów mięsa dziennie, kilka jajek, twarogi, ryby. Nagle człowiek odkrywa, że jego życie składa się z pracy, treningu i stania nad patelnią jak kucharz w barze mlecznym.

Dochodzi też kwestia obciążenia przewodu pokarmowego. Duże ilości czerwonego mięsa bywają ciężkostrawne, a dieta oparta niemal wyłącznie na mięsie potrafi skutecznie zmęczyć jelita. Szczególnie jelito grube niezbyt kocha sytuację, w której codziennie dostaje kilogram produktów wysokobiałkowych i ma to wszystko przerobić niczym biologiczna oczyszczalnia ścieków. Nie bez powodu wielu zawodników przy bardzo wysokiej podaży białka zaczyna zwracać uwagę na błonnik, probiotyki i komfort trawienny.

Potem mamy jajka — produkt niemal idealny, ale też taki, którego nie każdy chce jeść w ilościach hurtowych. Owszem, współczesna dietetyka znacznie spokojniej podchodzi do cholesterolu pokarmowego niż dwadzieścia lat temu, jednak jedzenie codziennie kilkunastu całych jaj nadal nie jest pomysłem uniwersalnym dla każdego człowieka. Zwłaszcza jeśli dieta już sama w sobie jest bogata w tłuszcze nasycone.

Ryby? Fantastyczne źródło białka i kwasów omega-3, ale tu również pojawia się problem skali. Tłuste ryby morskie są zdrowe, dopóki nie próbujemy żywić się nimi jak niedźwiedź grizzly przed zimą. Dochodzi kwestia metali ciężkich, kosztów i zwyczajnie… zmęczenia monotonią diety. Bo nawet największy fan łososia w końcu zaczyna patrzeć na niego jak na osobistego wroga.

I właśnie tutaj pojawiają się odżywki białkowe typu WPC. Nie jako „chemia dla koksów”, tylko jako zwykłe narzędzie ułatwiające życie. Jedna porcja WPC potrafi dostarczyć 20–30 gramów dobrze przyswajalnego białka w kilkanaście sekund, bez smażenia, pieczenia, zmywania i zapachu kurczaka unoszącego się w mieszkaniu przez pół dnia. To po prostu wygodne uzupełnienie normalnej diety.

Najrozsądniejsze podejście zazwyczaj leży pośrodku. Fundamentem powinno być normalne jedzenie — mięso, ryby, jaja, nabiał i produkty naturalne. Ale uzupełnienie diety dobrej jakości białkiem w proszku pozwala osiągnąć odpowiednią podaż protein bez zamieniania życia w niekończący się catering kulturystyczny. Bo trening ma poprawiać formę, a nie zmuszać człowieka do spędzania połowy dnia przy grillu.

 

foto-michal-surdyk

Autor: Michał Surdyk
Magister farmacji, specjalista dietetyk.
Prywatnie ojciec 5 letniej córki, miłośnik 
cross-fitu i żeglarstwa.

ocena-piec-gwiazdek

Left Menu Icon