Panuje przekonanie, że problemy z męską gospodarką hormonalną zaczynają się dopiero wtedy, gdy ktoś brał testosteron albo anaboliki. To wygodny mit, bo pozwala spać spokojnie każdemu, kto „tylko trenuje i dobrze je”. Rzeczywistość bywa mniej łaskawa. Oś podwzgórze–przysadka–jądra jest układem wrażliwym jak sejsmograf i wcale nie potrzebuje dopingu, żeby się rozregulować. Wystarczy połączenie przewlekłego stresu treningowego, nadmiaru białka przy niedoborze kalorii i ambicji większych niż zdolności sportowe.

Znajomy urolog mówi mi wprost: Jego pacjenci to nie są „dziadki” albo faceci po sześćdziesiątce. Modelowy pacjent urologa to trzydziestoparolatek, w idealnej formie sportowej, z ogarniętą dietą, ładnie wytaliowany, ale mający razem z partnerką problemy z poczęciem dziecka. Opcja numer dwa: facet, który nie współżył od dwóch lat. Opcja numer trzy – facet, która aby „odpalić” musi wziąć 4 niebieskie tabletki naraz. Przy czym zawsze to na oko młody, zdrowy byk. U wielu facetów scenariusz wygląda podobnie: coraz więcej treningów, coraz ciężej, coraz „czyściej” w diecie. Białko leci wysoko, bo przecież budulec mięśni, tłuszcze i węgle są przycinane, żeby forma była „na żyletę”. Problem w tym, że organizm nie widzi sylwetki w lustrze. Widzi bilans energetyczny i poziom zagrożenia. Gdy kalorii jest za mało, a wysiłku za dużo, podwzgórze zaczyna wysyłać sygnał alarmowy. Produkcja hormonów płciowych przestaje być priorytetem, bo ciało wchodzi w tryb przetrwania. Efekt? Spadek libido, gorsza regeneracja, sen z tektury i wyniki siłowe, które zamiast rosnąć, pomału opadają

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że odbudowa równowagi hormonalnej nie dzieje się z dnia na dzień. Oś HPTA regeneruje się powoli, a im dłużej była tłamszona, tym więcej czasu potrzebuje, by wrócić do normy. Z wiekiem proces ten jeszcze się wydłuża, bo organizm staje się mniej elastyczny metabolicznie i hormonalnie. Facet po czterdziestce, trenujący jak dwudziestolatek i jedzący jak na redukcji do sesji zdjęciowej, sam podcina gałąź, na której siedzi. Paradoksalnie, im bardziej próbuje „dociążyć” trening i dietę, tym bardziej oddala się od dobrej formy.

Kluczowym czynnikiem, o którym często się zapomina, jest chroniczny deficyt kaloryczny. To on w połączeniu z przetrenowaniem i wysokim spożyciem białka wysyła do mózgu jasny komunikat: nie ma warunków do rozmnażania, oszczędzamy zasoby. Testosteron nie spada dlatego, że białko jest złe, tylko dlatego, że cała układanka jest źle zbilansowana. Bez odpowiedniej ilości energii, snu i dni lżejszych, nawet najlepszy plan treningowy zaczyna działać przeciwko swojemu autorowi.

Gdy już dojdzie do rozregulowania osi, warto podejść do tematu spokojnie i długofalowo. Podstawą zawsze jest odpoczynek, poprawa podaży kalorii i rozsądne trenowanie. Pierwszym ruchem powinno być odbudowanie naturalnego metabolizmu. W skrócie polega on na tym, że na dwa tygodnie rzucamy treningi i jemy, co chcemy. Bez ograniczeń. Można to zrobić w czasie wakacji, można zrobić deloading treningowy w czasie roku. Następnie wracamy do treningów, ale startując od mniejszych obciążeń, z właściwym bilansem kaloryczno-białkowym i z większą ilością dni wolnych!

Podczas tego procesu suplementacja może pomóc organizmowi wrócić na właściwe tory. Na jakie suple zwrócić uwagę?

  • Bor (np BORON MAX 3 mg) wspiera poziom wolnego testosteronu, selen bierze udział w prawidłowej pracy jąder i tarczycy,
  • Magnez (polecam TRIPLE MAG BALANCE) pomaga układowi nerwowemu wyhamować chroniczny stres,
  • Ashwagandha (polecam ASHWAGANDHA STRONG) brana przed snem obniża poziom kortyzolu i sprzyja odbudowie równowagi hormonalnej.

Przy czym bardzo ważne wyjaśnienie – to nie wsparcie lekarskie czy medyczne. To tylko dodatkowy support procesu, który musi przeprowadzić sam trenujący. Procesu, który wymaga czasu, cierpliwości i zrozumienia, że więcej nie zawsze znaczy lepiej.

foto-michal-surdyk

Autor: Michał Surdyk
Magister farmacji, specjalista dietetyk.
Prywatnie ojciec 5 letniej córki, miłośnik 
cross-fitu i żeglarstwa.

ocena-piec-gwiazdek

Left Menu Icon